Close

2 listopada 2018

Przemyski szeryf, czyli dlaczego to Wojciech Bakun wygra wybory

Niespełna na godzinę przed końcem ciszy wyborczej pozwalam sobie na małe podsumowanie mijającej i niezwykłej, jak na Przemyśl kampanii wyborczej.

Zanim się wszystko zaczęło, wszyscy uczestnicy i obserwatorzy przemyskiej sceny politycznej (brzmi dumnie, nieprawdaż? ) byli wręcz pewni, że będą to najnudniejsze wybory samorządowe w Przemyślu od czasu upadku Polski Ludowej. Wszystko miało się dziać wręcz z automatu. Obecny prezydent Robert Choma abdykuje, jego miejsce zajmuje wskazany ówczesny zastępca Janusz Hamryszczak. Siła tego kandydata była zbudowana na dwóch filarach. Pierwszy, to poparcie dwóch zwycięskich w poprzednich wyborach ugrupowań, czyli Prawa i Sprawiedliwości oraz prezydenckiego stowarzyszenia Regia Civitas. Filarem drugim był totalna niemoc opozycji. I nawet kiedy na scenie pojawił się Wojciech Bakun, poseł z ugrupowania Kukiz’15, nikt nie dałby sobie paznokcia, a co dopiero ręki, uciąć, że może być on nie dość, że głównym konkurentem Hamryszaczaka, to jeszcze jego pogromcą.

Dobry nastrój kandydatów PiS prysnął w jednej chwili, kiedy okazało się, że największa partia w Polsce, nie potrafi w takim niewielkim mieście zebrać ledwie dwa raz po 150 głosów, aby zarejestrować w Komisji Wyborczej list z radnymi. Sensacyjna wiadomość i absolutny chaos. W Przemyślu Prawo i Sprawiedliwość na obszarze połowy miasta nie wystawi swoich kandydatów. Dalej było już tylko gorzej. Bezradni działacze PiS miotali się na prawo i lewo. Pojawiły się niejasności przy odwołaniu i oskarżenia o naciski na komisję wyborczą. I wtedy w Mieście pojawił się szeryf. Wojciech Bakun, który własną piersią komisarza zasłonił, szumu przy tym narobił takiego, że informacje o przemyskim zamieszaniu pojawiły się w mediach ogólnopolskich. To był początek kampanii, jakiej Przemyśl dotąd nie widział. Trzeba uczciwie przyznać, że zarówno sztab Bakuna, ale przede wszystkim sam kandydat, swoją szansę potrafili wykorzystać. Kampanię jaką poprowadził Kukiz’15, różniło absolutnie wszystko od kampanii Prawa i Sprawiedliwości, która okazała się modelowo źle poprowadzona.

Kiedy okazało się, że to Kukiz’15, a nie Koalicja Obywatelska będzie głównym rywalem Janusza Hamryszczaka, kampania wyborcza nabrała dość brudnych kolorów. W sieci pojawiły się oskarżenia Bakuna o ukraińskie pochodzenie, sztabowcy PiS zaczęli także wypominać Mirosławowi Majkowskiemu grzechy odległej przeszłości. To co w ich mniemaniu miało pokrążyć Bakuna i jego ekipę, okazało się strzałem w stopę. Oskarżać o korzenie ukraińskie lidera listy, zbudowanej na środowisku, nastawionym do kwestii polsko – ukraińskich, powiedzmy, polemicznie, to tak jakby oskarżać Henrego Forda o komunistyczne sympatie. A Mirosław Majkowski, gość niezwykle wyrazisty, przez jednych uwielbiany, przez innych gromiony za swoją działalność, przez ostatnie kilkanaście lat jest znany chyba każdemu przemyślaninowi. Jego grzeszki sprzed 20 lat, jak się okazało, mało kogo interesują. Co charakterystyczne, pisowcy po tym błędzie niczego się nie nauczyli i jako jedno z głównych haseł ich marketingu odtąd stała się polskość Przemyśla (że to niby Bakun chce miasto jej pozbawić? ).

To wydarzenie przedstawia największą różnicą pomiędzy kampaniami obu ugrupowań. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość, nerwowo się szarpało, Bakun i jego koledzy potrafili przedstawić się jako ludzie stąd, a nie z nadania. Ludzie, których się wcześniej oskarżało o radykalność, potrafili zaprezentować się jako sympatyczni sąsiedzi. To był zasadniczy cios w Janusza Hamryszczaka. Coś, co jemu absolutnie się nie udało. Poparcie Bakunowi deklarują dziś prawicowcy, lewicowcy, przedstawiciele list SLD, klerykałowie, antyklerykałowie, a podobno także część dotychczasowych sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Sam kandydat Kukiz’15, który jak mało kto potrafi wzbudzić sympatię i nie wywyższać się, jest dziś przez większość przemyślan, traktowany jak absolutny swojak, jeden z nich.

Janusz Hamryszczak, powołujący się, niczym polityk epoki minionej, na wpływy w najwyższych aktywach partyjnych i państwowych, podpierający się samym Prezesem (którego notabene zobaczyło w Przemyślu kilkuset uczestników spotkania, do dziś nie wiem po co była ta wizyta), wyglądał za to, jak człowiek z nadania. Absolutnie nie potrafił nawiązać sympatycznych relacji z wyborcami. I nie pomogło mu nawet może lepsze przygotowanie merytoryczne, bardziej konkretny program. Bo w programy dziś już nikt nie wierzy. W dodatku taki, których symbolem staje się oceanarium i planetarium.

Wybory pojutrze. Za chwilę cisza wyborcza. Wynik zapewne każdy z nas potrafi sobie wyobrazić. Jednak mecz się nie skończył a piłka jest wciąż w grze. Będzie zaskoczenie?

Piotr Gdula